Dorota Pacut

Kolacja Oni

Dorota Pacut

Licencjonowany przewodnik beskidzki,
terenowy i pilot wycieczek

Zakochana... w Krynicy

Krynica jest dla niej najpiękniejsza. Tu się urodziła i wychowała. Do jej babci przychodził na obiady Nikifor. Uwielbia zupę kminkową, bo taką gotował jej tata i zdradza nam ten przepis. Dzieli się również sekretem wyjątkowej magii miasta położonego u stóp Jaworzyny Krynickiej. Z przewodniczką beskidzką, Dorotą Pacut, plotkujemy o wybitnych osobistościach, które w ciągu wieków, upodobały sobie to miejsce.

Pani Doroto, poplotkujmy trochę o słynnych osobistościach, które przyjeżdżały do Krynicy…

Chociaż złote lata Krynicy przypadły na okres międzywojenny, to już w drugiej połowie XIX wieku zjeżdżali do miasta wybitni artyści. Na przykład Józef Ignacy Kraszewski. Był tu latem 1866 r. Mieszkał w pięknym, nieistniejącym już dziś hotelu „Pod Trzema Różami”. I trzeba powiedzieć, że nie był zadowolony z pobytu.

Dlaczego?

Bo trafił mu się paskudny, wyjątkowo deszczowy lipiec. W listach do przyjaciela Kraszewski skarżył się, że nic się tu nie dzieje, że jest nudno, że woda mineralna mu nie smakuje. Ale nie był to okres bezczynny i bezowocny dla pisarza. Zaczął tu bowiem pisać powieść „Wielki nieznajomy” – o towarzyskich ekscesach znudzonych letników z wyższych sfer.

Wspomniana międzywojenna Krynica to przede wszystkim Jan Kiepura.

Tak, ten słynny śpiewak operowy do tego stopnia upodobał sobie Krynicę, że postanowił wybudować tutaj dla siebie dom. Początkowo miała to być niewielka inwestycja. Jednak namówiono Kiepurę na zakup pięknej działki i w rezultacie powstał najnowocześniejszy w tamtym czasie obiekt hotelowy, słynna „Patria”, stojący do dzisiaj. Budowę nadzorował ojciec Jana, Franciszek Kiepura, który zresztą pochowany jest na krynickim cmentarzu.

Jan Kiepura został zapamiętany w Krynicy nie tylko jako inwestor.

Tak, jedna z anegdot mówi, jak to artysta, podczas przejażdżek dorożką po mieście, na widok pięknych pań o smutnych minach zatrzymywał się i śpiewał im pieśń „Ninon, ach uśmiechnij się”. Damy musiały być wniebowzięte…

Również zagraniczni arystokraci gościli w Krynicy.

Owszem, w 1937 roku przyjechała tu następczyni tronu holenderskiego, księżniczka Juliana, która leczyła się na bezpłodność. Po pobycie w Krynicy zaszła w ciążę i urodziła pierwszą córkę, Beatrix.

Co jest takiego w Krynicy, że jak raz się przyjedzie, to chce się tu wracać?

Krynica ma duszę. Dla kuracjuszy atrakcją jest możliwość spotkania ciekawych ludzi z całej Polski. Cały rok coś się tu dzieje, bo Krynica to nie tylko wody mineralne, ale też różne imprezy, koncerty i festiwale.

A jakie jest pani ulubione miejsce w Krynicy?

Góra Parkowa i sanktuarium Matki Boskiej. Panuje tam niebywała cisza i spokój. Z ciekawostek – na Górze Parkowej był tor saneczkowy, na którym rozgrywano w 1935 roku Mistrzostwa Europy, a dokładnie sześćdziesiąt lat temu Mistrzostwa Świata.

Takie wykwintne miejsce to pewnie i wykwintna kuchnia...

Na początku w Krynicy nie było oczywiście żadnej restauracji. Po produkty jeździło się do Nowego Sącza. Później, żywność sprowadzano z okolicy, w samej Krynicy niewiele było sklepów. Do czasu, aż osiedlili się tu kupcy żydowscy. Trzeba powiedzieć, że kuchnia Krynicy to połączenie kuchni żydowskiej, łemkowskiej, potraw lachów sądeckich i górali piwniczańskich nazywanych góralami czarnymi. W Krynicy nie brakowało też doskonałych win, bo uzdrowisko leżało na szlaku handlowym z Węgier w kierunku Morza Bałtyckiego. Dzisiaj próbuje się odtworzyć Karpacki Szlak Wina. Lekarze zalecali kuracjuszom picie wody mineralnej z winem jako środek leczniczy.

Gdyby wiedział o tym nasz biedny Kraszewski…

Cóż, pamiętajmy, że to woda, która ma leczyć, a nie smakować…. (śmiech). To lekarz zaleca picie określonego rodzaju wody w określonych ilościach i o określonych porach. Wodę mineralną powinno się popijać podczas spacerowania, ogrzaną, małymi łyczkami, z kubeczków zwanych pijałkami.

A jaka była domowa kuchnia?

Na co dzień jadano prosto i niewyszukanie. Mięso i ryby były od święta. Popularność zyskały zupy śniadaniowe, ale wcale nie mleczne, jakie dziś znamy. Jedną z nich była zupa kminkowa, jedzona najchętniej zimową porą, z dodatkiem zasmażki na słoninie. Dodawała ciepła, siły, najczęściej spożywali ją mężczyźni. Oprócz tego kwaśnica – bo zawsze na zimę kisiło się, w dębowej beczce, kapustę z dodatkiem marchwi, soli z kminkiem i jabłek antonówek. Sok z tej kapusty był bazą do zupy zwanej kapuśniarą. Do tego wywar z suszonych prawdziwków i ziemniaki. Taką zupę jadło się, na przykład, u mnie w domu na Wigilię.

Narobiła nam pani smaku, poproszę więc o przepis na zupę kminkową...

Z przyjemnością!

Biuro turystyczne JAWORZYNA
ul. Pułaskiego 4, 33-380 Krynica-Zdrój
 +48 18 471 56 54
 biuro@btjaworzyna.pl

Zupa kminkowa

  • 1 l domowego bulionu,
  • kilka łyżek nasion kminku,
  • 1 łyżka mąki,
  • kawałek słoniny pokrojonej w drobną kostkę,
  • grzanki z chleba,
  • Do bulionu dodać kminek i gotować na wolnym ogniu około 30 minut. Na patelni podsmażyć słoninę. Dodać mąkę i zrobić zasmażkę. Gdy zupa nabierze już smaku, trzeba przelać ją przez sitko, żeby odcedzić nasiona kminku. Dodać zasmażkę. Rozlać do bulionówek i posypać grzankami. Smacznego!

    Comments are closed.