Janusz i Barbara
Myjakowie

Kolacja Oni

Janusz i Barbara Myjakowie

Ona i on...

Ona – filigranowa blondynka, delikatna kobieta, oddana matka i żona, lecz nie przepada za gotowaniem. On – postawny mężczyzna, konkretny szef kuchni, empatyczny przyjaciel – jego pasją jest gotowanie. Zaglądamy od kuchni do domu państwa Myjaków. Sprawdzimy, jaki smak ma ich życie codzienne i jakie ma przełożenie na to, co serwuje w restauracyjnym menu Janusz Myjak Szef Kuchni Hotelu SPA Dr Irena Eris Krynica Zdrój.

Czy pamiętasz pierwszą potrawę, jaką przygotowałeś Basi?

Janusz Myjak: A wiesz, ile lat jesteśmy po ślubie? To było tak dawno… (śmiech). Byłem młodym kucharzem i kiedy poznaliśmy się gotowałem bardzo tradycyjnie. Najchętniej to, czego nauczyłem się w domu. Szczególnie zupy, których fanem jestem do dzisiaj – na przykład botwinkę czy ogórkową. Ale często jadaliśmy po prostu kanapki z szynką.

Basiu, potwierdzasz?

Barbara Myjak: Kanapki owszem, ale z żółtym serem! Świeżutkie bułeczki, chrupiące rogaliki... Do dzisiaj, nasze narzeczeństwo ma dla mnie smak świeżego pieczywa.

Januszu, co ty na to?

JM: Przecież mówiłem, że to było dawno… (śmiech). Szesnaście lat jesteśmy po ślubie!

Basiu, co Ciebie zainteresowało w Januszu?

BM: Pracowaliśmy razem i muszę przyznać, że na początku wcale nie mieliśmy  się ku sobie, przynajmniej z mojej strony… Ale Janusz szybko zaimponował mi swoją dobrocią, szczerością i życzliwością.

Januszu, a co Tobie spodobało się w Basi?

JM: Przede wszystkim jej stoicki spokój. Później – wrażliwość i czułość. Również umiejętność okazywania wsparcia – co jest ważne w życiu.

Gotujecie czasem z Basią razem? Macie swój kuchenny rytuał?

JM: Nie mamy nigdy żadnego planu. Nawet zakupów nie robimy z myślą o konkretnych daniach. Patrzymy, co mamy w lodówce i wymyślamy, co da się z tego zrobić (śmiech).

Spontaniczny jesteś…

JM: Pewnie! To przydatna cecha u szefa kuchni. Owszem z jednej strony, powinien być poukładany pod względem organizacyjnym. Trzeba nie tylko ugotować, ale i zaplanować menu na cały dzień, zamówić produkty, ułożyć grafik pracy. Z drugiej strony, szef kuchni musi być spontaniczny, żeby jego potrawy żyły, miały energię i serce. Najwięcej moich kulinarnych pomysłów rodzi się na bazarze, albo w sklepie, podczas zakupów.

Basiu, ty przy mężu kucharzu, to mogłabyś nic w kuchni nie robić…

BM: Ja dzielnie Janusza wspieram! Fizycznie, albo chociaż duchowo go wspieram, żeby nie czuł się w tej kuchni osamotniony… (śmiech). Muszę jednak przyznać, że końcowy efekt wspólnego gotowania to zawsze zasługa Janusza. Ja przede wszystkim sprzątam po kucharzu…

Janusz, czy Twoja rodzina pierwsza próbuje nowych potraw, które wymyślasz?

JM: Owszem. Tylko nie wiem, czy ja tak dobrze gotuję, czy też żona nie chce mi robić przykrości, ale Basi zawsze smakuje. Gorzej z dziećmi! Są najbardziej skrupulatnymi kulinarnymi krytykami, nie odpuszczą niczego. Jednocześnie synowie pokazują mi, jak postępować z najmłodszymi gośćmi w restauracji. Mój najstarszy zje wszystko, ale średni – nie lubi warzyw. Dzieci uczą mnie tolerancji… (śmiech).

Co serwujesz swoim najmłodszym gościom w restauracji?

JM: Nasze menu dla dzieci to domowe potrawy, ale zawsze też jesteśmy przygotowani na spełnianie dziecięcych zachcianek. Pamiętam małego chłopca, który podczas pobytu w hotelu codziennie jadł makaron z masłem. Nie chciał nic innego. W końcu któregoś dnia zaproponowałem mu makaron z sosem pomidorowym, tak na próbę. Zjadł i powiedział później – Jaki ja byłem głupi, że jadłem kluski z samym masłem… Praktyka i cierpliwość ojcowska się przydały (śmiech).

Czy doskonały kucharz to taki, który poświęca się wyłącznie gotowaniu?

JM: To droga donikąd. Robisz wszystko perfekcyjnie, ale w pewnym momencie dochodzisz do ściany. Nie masz życia prywatnego, nie masz do kogo uśmiechnąć się, wyżalić. Nie masz osoby, która po prostu położy ci rękę na ramieniu i powie – słuchaj, nic się nie stało, jutro będzie lepiej. Nie wyobrażam sobie, że przychodzę do domu, siadam przed telewizorem i nie mogę o minionym dniu z nikim porozmawiać. Dla mnie dom i rodzina to azyl. Miejsce, gdzie się wyciszam, uspokajam i odpoczywam. To sprawia, że jestem w stanie cały czas z ochotą pracować w swoim zawodzie.

Basiu, łatwo być żoną kucharza?

BM: Nieregularny czas pracy i związany z pracą stres nie ułatwiają życia domowego. Ale mamy z Januszem taką niepisaną umowę, że jak wraca zmęczony i bez humoru, to daję mu po prostu czas na oddech. Wie, że jestem obok niego, ale nie odzywam się, nie suszę mu głowy błahostkami, po prostu czekam.

Januszu, czy dzięki rodzinie jesteś lepszym kucharzem?

JM: Oj, zdecydowanie tak… Coś ci opowiem. To wydarzyło się cztery lata temu, Basia była tuż przed porodem naszego najmłodszego synka. Tego dnia miałem poprowadzić zajęcia z robienia sushi w hotelowej Akademii Gotowania. Wstajemy rano, a żona mówi – zaczęło się… Dzwonię do mojego zastępcy, Piotrka i proszę, aby mnie zastąpił, bo Basia rodzi. Siedzimy w poczekalni szpitalu, przyjeżdża karetka na sygnale. Tknięty przeczuciem dzwonię do pracy. Okazało się, że jeden z kucharzy na zmianie zasłabł i właśnie przywieźli go do szpitala. Basia mówi do mnie – Jedź, my zaczekamy na ciebie. Przyjeżdżam do hotelu, a tu nowa niespodzianka – Piotr z krwawiącą ręką – fatalnie skaleczył się nożem i nie był w stanie poprowadzić dalej Akademii. Na szczęście zjawiłem się i poprowadziłem dalej zajęcia. Tuż po zakończeniu przychodzi sms ze zdjęciem małego Alanka. „U nas wszystko w porządku, a u Ciebie?” – napisała Basia. Pomyślałem wtedy, czy jest druga kobieta na świecie, która zamiast pretensji, martwiłaby się w czasie porodu, co u męża w pracy?

A były takie sytuacje, że gdyby nie wsparcie rodziny, to rzuciłbyś wszystko?

JM: Są takie trudne okresy, kiedy coś dzieje się nie po mojej myśli, „buntują się” ludzie lub sprzęty. Są momenty pełne napięć, kiedy kuchnia pracuje pełną parą i nie ma miejsca na najmniejszy błąd. To olbrzymi stres. I w takich chwilach, zdarzało mi się powiedzieć Basi, że nie wiem, czy zdecydowałbym się na zawodowe gotowanie, gdym wiedział, co mnie czeka.

Ale nie zamierzasz zmienić zawodu?

JM: Absolutnie nie!

BM: Pożali się i szybko mu przechodzi. Nie wyobrażam sobie, co innego Janusz mógłby robić…

I pomimo wielu zawodowych obowiązków, mocno angażujesz się w życie rodziny...

JM: Tak, Basia i ja zawsze jesteśmy otwarci, jeśli chodzi, na przykład, o wydarzenia w szkole naszych synów. Niedawno robiłem poczęstunek na uroczystość nadania tej placówce, jako pierwszej w Polsce szkole publicznej, imienia Zbigniewa Wodeckiego. Nigdy nie odmawiam, nawet gdybym miał to zrobić w nocy. Poza tym, kiedy mam wolny dzień, chcę moim bliskim wynagrodzić częste nieobecności. Wtedy… gotuję im. Jestem w kuchni, przychodzi Dominik, najstarszy syn, i pyta – Co tam, Januszku, gotujesz dla mnie dobrego? Jak dziecko tak pyta, to tata musi się postarać.

Teraz jeszcze dodatkowo czeka Cię projekt Dr Irena Eris Tasty Stories.

JM: Bardzo się cieszę, że będę miał okazję gotować z moimi przyjaciółmi – kucharzami: Pawłem Krasem i Marcinem Sołtysem. Po ubiegłorocznym sukcesie kolacji plenerowej FLORA I FAUNA jestem już spokojniejszy – mamy praktykę, ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że poprzeczkę zawiesiliśmy wysoko. Tym razem wyzwaniem będą inspiracje pochodzące od bohaterów tegorocznych filmów. To ciekawi ludzie związani regionem i naszym hotelem. Ich prywatne przepisy będą punktem wyjścia dla naszego menu na kolację i do restauracyjnej karty menu podczas weekendu, z której dań będą mieli okazję spróbować wszyscy goście hotelowi.

Lubisz ten projekt?

JM: Bardzo. Nauczył mnie zwracać jeszcze większą uwagę na ludzi. Dziś, kiedy tylko dowiaduję się, że jest jakiś nowy, ciekawy producent w okolicy, to wsiadam w samochód i jadę z nim porozmawiać. Lubię wiedzieć, czy lokalne wyroby powstają tak samo z pasji, jak moje dania. Dzięki Dr Irena Eris Tasty Stories odkryłem też na nowo radość, jaką daje gotowanie z innymi szefami kuchni. To naprawdę bezcenne!

Hotel SPA Dr Irena Eris Krynica Zdrój
ul. Czarny Potok 30, 33-380 Krynica Zdrój
 +48 18 472 35 00
 krynica@drirenaerisspa.com

Przepis Janusza Myjaka na ulubione danie rybne jego żony Basi

  • 400 g filetu rybnego (najlepiej jesiotr, ale może też być łosoś lub pstrąg),
  • 2 pomidory bez skórki i miąższu pokrojone w kostkę,
  • 300 g zblanszowanych szparagów lub brokułów,
  • 1 łyżka świeżego posiekanego koperku,
  • garść umytego i odsączonego szpinaku,
  • 60 g masła,
  • sól i świeżo mielony pieprz do smaku.
  • Masło rozgrzać na patelni. Dodać pokrojoną w kostkę rybę. Smażyć 2 minuty i zdjąć z patelni. Na tę samą patelnię wrzucić szpinak, po chwili pomidory, a na koniec zblanszowane szparagi lub brokuły. Po chwili dodać koperek i usmażoną wcześniej rybę. Bardzo delikatnie wymieszać. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Smacznego!

    Comments are closed.