Katarzyna Miernik-Pietruszewska

Krynica Zdrój

Katarzyna
Miernik-Pietruszewska

STARY DOM ZDROJOWY

Rydzowe zauroczenie...

Kiedy była nastolatką z dużego miasta, żywiącą się głównie jabłkami, nawet nie sądziła, że wkrótce odda swoje serce małej górskiej miejscowości w Beskidzie Niskim.

Dziś piecze fantastyczne chleby, kisi rydze oraz wyczarowuje przepyszne słodkości. I za nic w świecie nie wyprowadzi się z Wysowej.

Jak krakowianka trafiła do Wysowej?

Mieszkając w Krakowie, zarówno ja i jak i moi bracia, w dzieciństwie mocno i często chorowaliśmy. Wiadomo – smog. Więc prawie 30 lat temu rodzice zaczęli przywozić nas do Wysowej na wakacje. Siedzieliśmy sobie przez miesiąc w Beskidzie Niskim, a potem wracaliśmy już odtruci i napojeni wodą mineralną do Krakowa, gdzie spokojnie mogliśmy dalej chorować! (śmiech) Potem zaczęliśmy tu przyjeżdżać o innych porach roku – a to na rodzinny piknik wielkanocny, a to na jednodniowy wypad na konie lub górską wyprawę. Wreszcie mojej mamie zamarzyło się mieć restaurację. Tato posłusznie spełnił jej marzenie. Choć w rezultacie, to ja spędzam w niej najwięcej czasu.

Pomysł był mamy, mógł Ci nie odpowiadać…

Nie mam bladego pojęcia, jakim cudem wciągnęłam się w gotowanie. Przecież nie potrafiłam, wręcz nie cierpiałam gotować. Mój najmłodszy brat, Eugeniusz, do tej pory zastanawia się, co jest grane. Bo przecież Kaśka była w stanie przypalić ziemniaki, żywiła się jabłkami i większość czasu spędzała na czytaniu książek. A teraz? Przez ostatnie pięć lat nie wychodzę z kuchni… (śmiech).

Jak Ci się żyje w Wysowej?

Mieszkam tu już dwanaście lat i nie wyobrażam sobie przeprowadzki dokąd indziej. Kończymy z mężem budowę własnego domu. Co prawda moja mama powiedziała w zeszłym roku, że ona kończy z restauracją, ale ja stąd nie wyjadę.

Co tu jest, czego nie ma w mieście?

Spokój. Cisza. Świeże powietrze. Wody mineralne, którymi poimy się codziennie i pewnie dlatego mamy zerowy stan zmarszczek! (śmiech) Nie mamy smogu, za to są smoki, czyli salamandry plamiste. Beskid Niski przyciąga ludzi, którzy nie chcą żyć w zgiełku miasta. Ludzi, którzy potrzebują pewnej wolności – zarówno w sensie przestrzeni, jak i sposobu życia.

Twoją specjalnością są rydze. Skąd wzięło się zamiłowanie do tych grzybów?

Zawsze chodziliśmy do lasu na grzyby. W tych okolicach oprócz prawdziwków i podgrzybków, które uwielbiamy, znajdowaliśmy również rydze. To przepyszne grzyby. I dwanaście lat temu wymyśliłyśmy z mamą Święto Rydza. Od tego czasu na przełomie września i października przyjeżdżają do Wysowej nie tylko grzybiarze, ale i wielbiciele rydzowej kuchni.

Skąd bierzesz przepisy na rydze?

Część receptur jest oczywiście regionalna. Rydze po cygańsku, które ja, od rdzennych mieszkańców tych ziem, nazywam „po łemkowsku”, są marynowane z dodatkiem pomidorów. Inne, zwane rydzami zbója Wasyla, dusimy z pomidorami, cebulą, papryką i, wzorem miejscowych, jemy na ciepło lub na zimno. Ale króluje rydz kiszony. Jego przygotowywania nauczył nas, nieżyjący już, redaktor Leszek Horwath. Zresztą z rydzów można zrobić niemal wszystko. Nie wszyscy wiedzą, że są świetne również po ususzeniu – znakomicie aromatyzują sól czy oliwę, mają lekko orzechowy posmak.

Twoją drugą wielką pasją jest fotografia.

Pierwszy aparat dostałam od taty po zdaniu do liceum. Pasjonuje mnie fotografia przyrody i beskidzkich krajobrazów. Moja ulubiona pora na fotografowanie to czwarta – szósta rano, w zależności od pory roku. Ten moment, kiedy przyroda budzi się do życia. Ptaki śpiewają, jest wilgotno, unoszą się mgły, obłoki suną po niebie. Nikogo nie ma. Jest cisza i wyłącznie dzika przyroda. Biorę aparat fotograficzny do ręki i odpoczywam, relaksuję się. Drugi powód moich porannych sesji fotograficznych jest bardziej prozaiczny – po południu zwykle siedzę w kuchni! (śmiech).

Zrobiłaś już to jedno wyjątkowe zdjęcie, o jakim marzy każdy fotograf?

Mam kilka zdjęć, z których jestem dumna. Ale ciągle czegoś mi jeszcze brakuje… To jak z gotowaniem, człowiek się ciągle uczy.

W takim razie jakie masz plany na przyszłość?

Znaleźć trochę więcej czasu dla dzieci i męża. Uwielbiamy chodzić po górach albo na grzyby. A moje dzieci są już na tyle duże, by towarzyszyć nam w tych leśnych wyprawcach. Chociaż wciąż narzekają, że wszystko je gryzie i że boją się żmij – widać są jednak bardziej miastowe niż ja (śmiech).

Od redakcji: Kiszone rydze z gminy Uście Gorlickie znalazły się na Liście Produktów Tradycyjnych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
STARY DOM ZDROJOWY
Park Zdrojowy 12, 38-316 Wysowa-Zdrój
 +48 509 249 716, +48 509 249 719
 starydomzdrojowy@gmail.com

Comments are closed.